07-21.08.2009 - Budapeszt Bratysława Wiedeń (Polska / Słowacja / Węgry / Austria / Czechy)

 


1 dzień / 7.08.2009 Wola Dębińska (PL) - Lysa na Dunajcem (SK)

I stało się... Po wielomiesięcznych przygotowaniach, kilka minut po godzinie 8 rano wyruszyliśmy w kilkunastodniową wyprawę po pięciu europejskich krajach. Wyjechaliśmy oczywiście całą piątką: Bartek, Kamil, Wojtek, Albert, Artek. Założenie na ten dzień było proste: dotrzeć na Słowację. Jak zazwyczaj w takim przypadku obraliśmy azymut na Nowy Sącz. Pogoda była świetna, bardzo ciepło i rześki, spokojny wiaterek, co sprzyjało w pokonywaniu kolejnych kilometrów, a bardzo dobrze znane nam podjazdy (w Łoniowej i Łososinie) nie stanowiły dla nas większego problemu. Kilka minut po południu byliśmy już w Nowy Sączu, gdzie na stacji benzynowej wyregulowaliśmy ciśnienie w oponach by chwilę później w Starym Sączu odbić na Krościenko nad Dunajcem. Trasa przez Beskid Sądecki również przebiegła bez zakłóceń. Od Krościenka do Niedzicy, gdzie czekał nas kolejny podjazd, przetarliśmy ślady po zawodowcach z "Tour de Polonge", który odbywał się tu kilka godzin wcześniej. Przed przejściem granicznym mogliśmy już podziwiać pierwsze, jeszcze odległe widoki Tatr. Rozbiliśmy się "na dziko" tuż za wspomnianym przejściem w Lysej nad Dunajcem. W bardzo zimnym tego dnia Dunajcu wzięliśmy orzeźwiającą kąpiel.

Dystans dzienny: 118.9 km
Dystans całkowity: 118.9 km


2 dzień / 8.08.2009: Lysa nad Dunajcem (SK) - Porpad (SK)

Rano wstaliśmy z półtoragodzinnym opóźnieniem (ok. godz. 9:30) spowodowanym złymi warunkami pogodowymi, które diametralnie zmieniły się w ciągu chwili, z gęstej mgły do bezchmurnego nieba. Tego dnia naszym głównym celem było zobaczyć Tatry Wysokie z jak najbliższej odległości i kierować się ku południowi. Jednak już w znanym nam z wcześniejszych wypadów paśmie górskim "Spiska Magura" czekał na nas kilkukilometrowy podjazd, który pokonaliśmy w niespełna godzinę. Na szczycie mogliśmy podziwiać krajobrazowe uroki "Spiski" oraz wschodnich Tatr. Bardzo stromy zjazd doprowadził nas do Slovenskiej Wsi, gdzie skręciliśmy na Lendak w stronę Tatr. Po drodze w miejscowości Vyborna napotkaliśmy na małą nieprzyjemność ze strony kilkuletnich chłopców romskiego pochodzenia, którzy zwyczajnie chcieli nas okraść. Jednak sztuka ta nie powiodła się im, a my mogliśmy jechać dalej i podziwiać z coraz to bliżej odległości słowackie Tatry. Od początku pobytu na Słowacji mieliśmy problem z wymianą waluty, którą wymieniliśmy dopiero w Tatranskiej Kotline, w której to znaleźliśmy się już najwyższej części Tatr. Ceny na Słowacji w ciągu roku zmieniły się diametralnie na wskutek wprowadzenia nowej waluty, co podczas wyprawy odbiło się nieco na naszych kieszeniach. Tego dnia czekał nas jeszcze jeden konkretny podjazd do samej miejscowości "Vysoke Tatry", gdzie na wysokości ok. 1000 m.n.p.m podziwiając krajobraz zrobiliśmy krótką przerwę na posiłek. Chwilę później czekał nas jeden z najdłuższych zjazdów wyprawy, bo aż po sam Poprad. W mieście tym zrobiliśmy zakupy, aby później szukać odpowiedniego miejsca na nocleg. Tuż za Popradem spotkaliśmy małą grupkę Słowaków, urzędującą na ich leśnej polanie z rozłożonymi już namiotami. Nie mieli nic przeciwko temu, żebyśmy się rozbili na ich posiadłości, wręcz zapraszali nas do siebie. Dzień zakończyliśmy późnym wieczorem wspólnie ze słowiańskim bratnimi duszami przy ognisku i piwie. Serdeczne pozdrowienia dla Mirka, Lucji, Lubo, Katarzyny i Gibuszka.

Dystans dzienny: 70.0 km
Dystans całkowity: 188.9 km


3 dzień / 9.08.2009 Poprad (SK) - Poltar (SK)

Obudziliśmy się tuż przed 8. Pogoda była bardzo słoneczna. Po szybkim śniadaniu, wypitej kawie, złożeniu namiotu... ok. godz. 10 pożegnaliśmy słowackich przyjaciół i wyjechaliśmy w kierunku popularnych "Madziarów". Przejrzystość powietrza była bardzo dobra, co sprawiało, że już nieco odległe Tatry przed południem były świetnie widoczne. Od początku narzuciliśmy względnie szybkie tempo, aby "nadrobić" wczorajsze i jeszcze czekające nas tego dnia podjazdy. Jednak już w miejscowości Vernar napotkaliśmy się na bardzo długi, a zarazem stromy podjazd. Na wysokości ponad 1000 metrów jadąc przez "Slovensky raj" i "Nizke Tatry" kierowaliśmy się ku miejscowości Tisovec cały czas podziwiając nieprzeciętne widoki. Przed miastem Murań czekał na nas kolejny solidny „kopiec”, który zaliczyliśmy jadąc wzdłuż "Murańskiej planiny". Dojeżdżając do Tisovca mieliśmy już za sobą największe góry, co sprawiło, że nasza jazda nabrała tempa. Udało nam się zrobić jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, co w ostateczności dawało 3-cyfroway wynik, a zwarzywszy na okoliczności (góry, ciężka noc...) był to wynik, co najmniej imponujący:) Rozbiliśmy się na dziko tuż przed miastem Poltar, wieczór był bardzo ciepły, więc zanim poszliśmy do "wyra" posiedzieliśmy jeszcze chwilę na świeżym powietrzu, przy ognisku.

Dystans dzienny: 104.3 km
Dystans całkowity: 293.2 km


4 dzień / 10.08.2009 Poltar (SK) - Diosejno (HU)

Rano przywitała nas piękna, słoneczna pogoda. Wstaliśmy nieco wcześniej niż zazwyczaj, oczywiście zaliczając krótką drzemkę. Do granicy słowacko-węgierskiej w Litke pozostało nam ok.20-30 km. Tereny mieliśmy już raczej płaskie, więc założyliśmy dojechać do Pola Namiotowego przed Budapesztem, aby zażyć co nieco luksusu. Po stronie słowackiej zatrzymaliśmy się jeszcze przy pierwszej napotkanej na trasie w Słowacji stacji benzynowej, gdzie zaliczyliśmy poranną toaletę. Przed granicą jeszcze poczęstowaliśmy się soczystymi gruszkami z przydrożnych drzew. Ok. godziny 12 byliśmy już na Węgrzech. Od pierwszych chwil, wymieniając walutę oraz wydając pierwsze forinty, przekonaliśmy się jak wyraźna bariera językowa jest między nami a "Madziarami". Np. Pani na stacji benzynowej pytanie: "Do you speak english?" skwitowała wymownym "pfffffff, noł!". Po drugim śniadaniu ruszyliśmy na podbój Węgier. W tym kraju na rowerze jeszcze nie byliśmy. Od pierwszych chwil, jadąc przez wioski przerażał nas wszechogarniający spokój. Nie sposób było również nie dostrzec sporej ilości winiarni oraz ogromnych upraw słoneczników. Jadąc wzdłuż granicy słowacko-węgierskiej przez "Cserhat" - niskie góry na pograniczu tych dwóch krajów kierowaliśmy się do miasta Balassagyamt. Jechaliśmy bardzo swobodnie i szybko, co w ostateczności dało niezły wynik na koniec dnia. W wspomnianym wcześniej mieście zrobiliśmy "grubsze" zakupy. Co ciekawe, Pani przy kasie sprzedając piwo, aby sprawdzić pełnoletność musiała posłużyć się kalkulatorem. Prawdziwym odkryciem okazała się konserwa o smaku pizzy, która po kilku dniach jedzenia pasztetów i suchych konserw była strzałem w dziesiątkę. Po zakupach kierowaliśmy się już bezpośrednio na Budapeszt, a dokładnie ku Campingowi w miejscowości Diosejno. Po kilku godzinach ciągłej jazdy na miejscu byliśmy ok. 19:30. Na nasze szczęście na polu namiotowym była osoba mówiąca po angielsku, więc nie mieliśmy większych problemów z zakwaterowaniem się. Po rozłożeniu namiotów wzięliśmy ciepły prysznic, zrobiliśmy pranie, aby później usiąść przy gilu, delektując się węgierską wieprzowiną i piwem.

Dystans dzienny: 115.0 km
Dystans całkowity: 408.2 km


5 dzień / 11.08.2009 Diosejno (HU) - Budapeszt (HU)

Tym razem rano przywitał nas deszcz... Całe pranie, które wywiesiliśmy zeszłego wieczora na ogrodzeniu trafił szlag. Ze względu na warunki wstaliśmy nieco później żeby zjeść śniadanie. Deszcz ustąpił dopiero, przed 10, więc zdeterminowani opuściliśmy pole namiotowe ok. godziny 11, tym samym ruszając na podbój Budapesztu. Pranie zmuszeni byliśmy "wywiesić" na sakwach, które wówczas bardziej przypominały cygańskie tabory. Już na 5 kilometrze napotkaliśmy na problemy. Najpierw zaczęło „mrzawić”, a na domiar złego chwilę później w miejscowości Nógrad zabłądziliśmy i konieczny był "nazad". Pewna starsza kobieta udzielając nam wskazówek zafundowała nam nieco "off-road'u" wskazując drogę "na skróty". Cały czas solidnie „mrzawiło”. Gdy wjechaliśmy na główną drogę nr 2, jazda na rowerze do szczególnie przyjemnych nie należała. Była to droga ekspresowa o dużym natężeniu ruchu. Na dodatek ciągle padało. Wtedy Artek spotkał pewnego, uprzejmego Węgra, który zaproponował nam, że nas podwiezie kilka kilometrów samochodem transportowym. Ciężko było odmówić i zważywszy na warunki zdecydowaliśmy się przejechać ok. 15 km, do miejsca gdzie kończy się droga szybkiego ruchu. Tuż przed miastem Vac opady ustały, ale i tak nie obyło się bez kolizji. Jak się chwilę później okazało poszkodowani Kamil i Artek - wyszli bez szwanku:). W miasteczku Vac deszcz powrócił. Opady były na tyle intensywne, że musieliśmy koczować ponad 2 godziny na stacji benzynowej. Ok. godziny 14 przestało podać na dobre. Chwilę później wyszło nawet słońce. Chcąc się sprawnie dostać do Budapesztu narzuciliśmy bardzo szybkie tempo. Jadąc średnio 25-30 km/h, mijając po drodze Gód i Dunkaszei bardzo szybko znaleźliśmy się w Budapeszcie, robiąc tylko jeden postój, kiedy to Artek musiał dokręcić przerzutkę. Wymieniliśmy walutę po lepszym kursie aniżeli w barze przy granicy i kierowaliśmy się do najbliższego Campingu w dzielnicy bodaj "Romai". Po zakwaterowaniu w bardzo drogim, ale świetnie usytuowanym Campingu rozłożyliśmy namiot, wykąpaliśmy się i tuż przed zmrokiem poszliśmy zwiedzać to jedyne w swoim rodzaju miasto. Postanowiliśmy przespacerować się zachodnią stroną Dunaju, aby wschodnią zostawić na jutro, kiedy to będziemy wyjeżdżać z miasta. O tak późnej porze ciężko było o otwarte obiekty, więc obserwowaliśmy je z dalszej perspektywy, a było na czym zawiesić oko... Parlament, Most Łańcuchowy, Zamek Królewski, Pomnik Wolności na Wzgórzu Gellerta... Odwiedziliśmy również jedną, małą knajpę, w której to właściciel rozmawiał chyba we wszystkich językach świata, w tym coś po polsku również. Zapraszał nas na trwający właśnie Międzynarodowy Festiwal Rock'n Roll'owy, na który to jednak nie skusiliśmy się z powodu cen, które nie były dostosowane do naszych kieszeni. Chcą zdążyć na pociąg pod Camping, musieliśmy wracać jeszcze przed północą.

Dystans dzienny: 67.6 km
Dystans całkowity: 475.8 km


6 dzień / 12.08.2009 Budapeszt (HU) - Tatabanya (HU)

Po nocnym zwiedzaniu miasta, obudziliśmy się nieco później niż zazwyczaj. Po spakowaniu "mandżuru", camping opuściliśmy ok. godz. 11. Pojechaliśmy na rowerach do centrum, gdzie przez Most Łańcuchowy dostaliśmy się na drugą stronę Dunaju. Jadąc wzdłuż wschodniego brzegu drugiej, co do długości rzeki w Europie zobaczyliśmy z bliska Parlament, gdzie spotkaliśmy bardzo ekstrawertyczną Polkę mieszkającą, na co dzień we Włoszech, ochoczo zapraszającą nas do siebie na przyszły rok. Generalnie w Budapeszcie spotkaliśmy jeszcze dwoje Polaków: Pana z Warszawy, który miał obok nas namiot na Campingu i pewną autostopowiczkę, która również chciała przyjechać na rowerze do tego miasta, ale ostatecznie przyjechała tzw. "stopem". Miasto opuściliśmy ok. godziny 14 i to wtedy dopiero tak naprawdę zaczęliśmy pokonywać kilometry tego dnia kierując się na zachód drogą nr 1 ku miastu Budaors. Tym razem wiatr nie okazał się dla nas łaskawy wiejąc nam bezlitośnie i bezczelnie w twarze. Temperatura natomiast była wysoka a niebo prawie bezchmurne, co sprawiło, że podczas postoju na posiłek mogliśmy podziwiać loty szybowcowe, gdzieś przed miastem Bickse. Później jechaliśmy bez większych atrakcji niezbyt korzystną, ale najbliższą dla nas drogą w stronę Bratysławy. Przed wieczorem wiatr ustał, co sprawiło, że mogliśmy nieco przyśpieszyć i nadrobić kilka kilometrów. W mieście Tatabanya zrobiliśmy zakupy, podczas których dokonaliśmy kolejnego odkrycia, mianowicie mowa tu o winie marki "Don Pedro". Prawdziwa głębia smaku za jedyne polskie 4zł. U nas takie cudo byłoby przynajmniej pięciokrotnie droższe. Chwilę po zakupach nieco przypadkowo znaleźliśmy znakomitą miejscówkę na nocleg. Malownicze jezioro służące jako łowisko ryb. Do tego domki na wodzie i długie molo. Jednak wszechogarniający spokój służący wędkarzom, sprawił, że rozbiliśmy się nieco z boku, tak aby nie zakłócać chillout'u Panom z haczykami, żyłkami, przynętami... Zanim poszliśmy "kimać" przy węgierskim winku i polskiej muzyce sami "poczilałtowaliśmy" przy jeziorze.

Dystans dzienny: 91.1 km
Dystans całkowity: 566.9 km


7 dzień / 13.08.2009 Tatabanya (HU) - Dunajska Streda (SK)

Tuż po przebudzeniu musieliśmy zdecydować, którą opcję trasy do Bratysławy wybrać: słowacką czy węgierską. Zważywszy na to, że mieliśmy już mało forintów, a zarazem sporo euro, które zostało nam z poprzednich dni spędzonych na Słowacji, wybraliśmy wariant SK. Sprawnie uwinęliśmy się ze wszystkim i opuściliśmy jezioro ok. godz. 9:30. Do przejścia granicznego w Komaron pozostało nam niespełna 30 km, gdzie byliśmy tuż przed południem. Przejeżdżając przez Dunaj po raz kolejny znaleźliśmy się po słowackiej stronie granicy gdzie zrobiliśmy zakupy w Kauflandzie, chwilę przed postojem. Niespełna po godzinie pobytu na Słowacji zaskoczył nas deszcz, zakłócając nam tym samym przerwę na posiłek. Po godzinie mogliśmy już jechać w stronę miasta stołecznego Słowacji drogę nr 63. W miejscowości Zlatna chcieliśmy odbić na boczne, mniej ruchliwe drogi. Sztuka ta nie powiodła się nam i w ostateczności po półgodzinnym błądzeniu kontynuowaliśmy jazdę główną drogą przez "Podunajską Nizinę". Tuż przed miastem Velky Meder mieliśmy pierwszego "kapcia" na wyprawie. "Szczęśliwcem" okazał się Wojtek, który sprawnie zakleił jak się okazało dwie dziury i gdy wszyscy już byli gotowi do jazdy przyszła kolejna ulewa, która zatrzymała nas na następne kilkanaście minut. W Velky'm Meder'rze byliśmy ok. godz. 16, gdzie szybko zrobiliśmy zakupy. Po czym kontynuowaliśmy podróż przy sprzyjającej aurze - świecącym słońcu i bezwietrznym powietrzu. W ostateczności udało się nam dojechać za miasto Dunajska Streda, gdzie po raz kolejny znaleźliśmy jeziorko. Wprawdzie nie tak malownicze jak poprzedniego dnia, ale za to z czystą i ciepłą wodą. Rozbiliśmy się tuż przed zmrokiem i posiedzieliśmy chwilę przy jeziorze. Noc zapowiadała się na ciepłą. Bartek i Wojtek zdecydowali się spać pod gołym niebem. Jednak o 4 nad ranem poczuli krople deszczu i musieli się zwijać do namiotu. Co ciekawe w zeszłym roku po 7 dniach kończyliśmy już wyprawę, a tego dnia mieliśmy wrażenia jakby się dopiero zaczynała.

Dystans dzienny: 94.7 km
Dystans całkowity: 631.6 km


8 dzień / 14.08.2009 Dunajska Streda (SK) - Hainburg a.d Donau (A)

Po raz trzeci, jak się później okazało ostatni obudził nas deszcz. Pobudkę musieliśmy odwlec w czasie o półtorej godziny i finalnie wstaliśmy ok. 9:30. Po posiłku i kawie postanowiliśmy zażyć kąpieli w jeziorze. Woda była zaskakująco ciepła i czysta. Mając na względzie dwie noce bez prysznica, coś takiego był nam potrzebne jak żaglowi - wiatr. Rozpogodziło się i do Bratysławy jechało się całkiem przyjemnie. Cel udało się osiągnąć ok. godz. 14. Zrobiliśmy zakupy przed posiłkiem i aby nabrać sił witalnych do poznania Bratysławy zjedliśmy drugie śniadanie. Po posiłku kierowaliśmy się do centrum, mijając po drodze Kościoły Trinitarzy i św. Elżbiety, Stary Ratusz, Pocztę gdzie powysyłaliśmy pocztówki. Zatrzymaliśmy się również przy Zamku Bratysławskim i ciekawie zaprojektowanym Nowym Moście, przez który przebrnęliśmy na drugą stronę Dunaju. Ogólnie rzecz biorąc Bratysława zrobiła na nas nieco mniejsze wrażenie niż Budapeszt, ale nie można zaprzeczyć, że również ma swój, niepowtarzalny urok. Chcąc wyjechać z miasta nie musieliśmy się wiele natrudzić, gdyż do samej granicy austriackiej brakowało nam 5 km, które pokonaliśmy ścieżką rowerową wzdłuż Dunaju "Donauradveg". W Austrii podobnie jak w przypadku Węgier byliśmy pierwszy raz. Od razu zauważyliśmy wyższą kulturę kierowców, duże udogodnienia na rowerzystów, brak śmieci po rowach itd... Tego dnia zrobiliśmy niewiele kilometrów. Późna pobudka + Bratysława sprawiły, że dojechaliśmy tylko kilka kilometrów za granicę austriacką do pięknego miasta Hainburg. Namioty rozłożyliśmy tuż przy Dunaju. Jedząc kolację podziwialiśmy płynące pod wieloma banderami statki, jachty, kontenerowce i wszystko, co duże i pływało po wodzie. Jedynym minusem były komary, których nagromadziło się tak wiele, że zmuszeni byliśmy do schowania się w namiocie. Bartek i Albert udali się jeszcze na nocny spacer po bardzo długim moście w Hainburg'u. Nazajutrz planowaliśmy podbój innego stołecznego miasta - Wiednia.

Dystans dzienny: 56.6 km
Dystans całkowity: 718.2 km


9 dzień / 15.08.2009 Hainburg a.d Donau (A) - Wiedeń (A)

Obudziliśmy się wcześnie. Szybko spakowaliśmy się i wracając na Donauradveg jechaliśmy do Wiednia, miasta gdzie mieszka ponad 50.000 Polaków. Po drodze mijaliśmy całą masę rowerzystów w każdym przedziale wiekowym. Bez samochodów, świateł, dziur w drogach, a po asfalcie, betonie i szutrze sprawnie dojechaliśmy do Wiednia. Gdzie przywitali nas... nudyści, na których plażę trafiliśmy przypadkowo. Mieliśmy pewne zakwaterowanie u Wujka Bartka - Pana Marka w dzielnicy Favorittien, gdzie łatwo trafić nie było. Po godzinie błądzenia dotarliśmy jednak do celu. Jak się okazało na miejscu musieliśmy czekać na Pana Marka, ponieważ był w pracy. Chcieliśmy w tym czasie zrobić zakupy, co okazało się nie lada wyzwaniem, ponieważ było święto, a co za tym idzie - wszystkie sklepy pozamykane. Zjedliśmy po kebabie, po czym znaleźliśmy sklep spożywczy u pewnego Turka, który nie dość, że miał drogo, to na domiar złego produkty były kiepskiej jakości. Już wtedy nadzialiśmy się na kilku Polaków. O 16 przyjechał Pan Marek, który ugościł nas jak przystało na prawdziwego Polaka - schabowym i kieliszkiem wódki. Mieliśmy do dyspozycji prysznic i pralkę. Takiego luksusu nie zażyliśmy już dawno. W międzyczasie, gdy pralka robiła to, co do niej należy, poszliśmy na stadion Austrii Wiedeń, który specjalnego wrażenia na nas nie zrobił. Powróciwszy powiesiliśmy pranie i po chwili Pan Marek zabrał nas swoim "old school'owym" samochodem do lunaparku, który jest usytuowany na terenie największego w Europie parku publicznego, czyli na dobrze wszystkim znanym Praterze, na którym to znajduje się również stadion Ernsta Happela. Chociaż ze względu na świąteczną porę nie mogliśmy go zobaczyć od środka, to nawet z zewnątrz robił nie lada wrażenie. W samym lunaparku zażyliśmy trochę adrenaliny na wszelakich karuzelach, kolejkach i innych maszynach. Chyba najbardziej zapamiętamy "Admirała", który nie dość, że wyrzucił nas w powietrze z prędkością ponad 100 km/h to jeszcze umożliwił nam nocne podziwianie Wiednia z wysokości. Po wielu atrakcjach na mieszkanie wróciliśmy przed północą.

Dystans dzienny: 60.0 km
Dystans całkowity: 778.2 km


10 dzień / 16.08.2009 Wiedeń (A) - Mistelbach (A)

O godz. 9 byliśmy w polskim kościele na Mszy Świętej. Tuż przed Mszą przeszliśmy jeszcze Schwarzenbergplatz, gdzie stoją kontrowersyjne do dziś pomniki radzieckich żołnierzy Armii Czerwonej. Natomiast po homilii odwiedziliśmy Belweder (dolny i górny). Po drodze mijaliśmy wiele zacnych budynków, lecz nie zatrzymywaliśmy się przy nich, ponieważ czas nas naglił. Po śniadaniu zaczęliśmy się pakować, by już ok. południa być w pełnej gotowości do wyjazdu. W międzyczasie ugotowaliśmy ponad 30 jajek, które kupiliśmy u Turka i mieliśmy je przeznaczyć na jajecznice, ale zostaliśmy tak ugoszczeni, że nie było okazji jej zrobić. Podziękowaliśmy Panu Markowi za gościnę i wyjeżdżając z Wiednia postanowiliśmy jeszcze zobaczyć Katedrę Św. Szczepana, symbol Wiednia i najważniejszą budowlę gotycką w Austrii. Była niedziela i znów mieliśmy problem ze zrobieniem zakupów, których w samym Wiedniu nie udało nam się zrobić. Wyjeżdżając z Wiednia Bartkowi "poszedł" łańcuch, ale na szczęście szybko udało się naprawić usterkę. Podczas postoju spotkaliśmy kolejnego, dziwnego Polaka, który nie wiele brakowało a wprowadziłby nas w błąd wskazując nam niezbyt korzystną dla nas drogę. Z samego Wiednia wyjechaliśmy dopiero gdzieś ok. 15:30 jadąc jeszcze kilka kilometrów wzdłuż Dunaju przez "Naturpark" w końcu przeprawiając się na drugą stronę promem. Promem, który wydawał się nam bezpłatny. Do czasu gdy podczas dobijania do brzegu Pan obsługujący wystawił nam rachunek na 13,25 euro... Chwilę później zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Musieliśmy jakoś na bieżąco "uzupełniać płyny", a stacja była jedynym otwartym sklepem. Cena wody niegazowanej - 1,5 euro... Tak na dobrą sprawę, to gdy przeprawiliśmy przez Dunaj dopiero zaczęliśmy normalną, swobodną jazdę. A była już 16:00. Jak dotąd był to najcieplejszy i najbardziej słoneczny dzień wyprawy. Nie jechaliśmy już wprawdzie ścieżkami rowerowymi, lecz zwykłą drogą, to jechało się naprawdę swobodnie, bez przeszkód. Wprawdzie we znaki wdały się pierwsze podjazdy, ale nie były to te "słowackie" podjazdy, które mieliśmy już dawno za sobą. Tuż przed godz. 19 byliśmy już w mieście Mistelbach, gdzie udało się zrobić zakupy po naprawdę rozsądnych cenach. Chwilę później za miastem, znaleźliśmy bardzo przystępne miejsce do rozbicia namiotu. Noc zapowiadała się na ciepłą, a komarów było jak na lekarstwo, więc i tym razem Wojtek i Bartek zdecydowali się nocować pod gołym niebem.

Dystans dzienny: 71.9 km
Dystans całkowity: 850.1 km


11 dzień / 17.08.2009 Mistelbach (A) - Uhersky Ostroh (CZ)

Bardzo ciepły poranek zapowiadał wysoką temperaturę. Do Czech mieliśmy niespełna 20km, gdzie znaleźliśmy się tuż przed południem przekraczając granicę w miejscowości Reinthal. Chwilę po tym Bartek złapał "kapcia". Przebite dętkę i oponę, udało się prędko załatać i można było jechać dalej przez Obszar Chronionego Krajobrazu Pálava kierując się na Breclav, gdzie zrobiliśmy zakupy, już po "ludzkich" dla nas cenach. Tuż przed Hodonin’em Bartek złapał kolejnego kapcia, tym razem w innym miejscu na dętce. Powoli zaczynały się większe góry. W miejscowości Rohatec zaczerpnęliśmy trochę orzeźwienia zimną wodą ze studni, a pewna kobieta poczęstowała nas soczystymi brzoskwiniami. Bartek poszedł do „cyclo-serwisu” wycentrować koło oraz zmienić dętkę i oponę. Co ciekawe 2km później musiał wykorzystać kolejną łatkę.. fatum?. W tym samym czasie pewna starsza kobieta poczęstowała nas słodyczami i "perlivą" wodą zapraszając nas do środka, pokazując nam swoją gospodę i winiarnię. 20 Km później szukaliśmy już noclegu, a Bartek zaliczył kolejnego "kapcia"... Rozbiliśmy się tuz za Uhersky Ostroh'em, mieście gdzie można spotkać więcej Wietnamczyków, niż rodowitych Czechów. Miejsce do noclegu mieliśmy świetne, bo oddalone o rzut kamieniem od stacji benzynowej, gdzie bezproblemowo można było się umyć i zaspokoić potrzeby fizjologiczne. Przed snem korzystając z uroków ciepłego wieczoru posiedzieliśmy jeszcze dość długo na świeżym powietrzu.

Dystans dzienny: 87.9 km
Dystans całkowity: 938.0 km


12 dzień / 18.08.2009 Uhersky Ostroh (CZ) - Vsetin (CZ)

Kolejne bardzo ciepłe rano. Ogólnie rzecz biorąc od Wiednia temperatura z każdym dniem była coraz wyższa. Zjedliśmy spokojnie śniadanie, wypiliśmy kawę, Bartek wymienił raz jeszcze dętkę. Gdy wyjeżdżaliśmy ok. godz. 11 ucięliśmy sobie jeszcze krótką pogawędkę z pewnym Polakiem, kierowcą zepsutego tira, który czekał na serwis z Polski. Kierując się na północny-wschód wjeżdżaliśmy, na co raz większe "kopce". Jak się okazało festiwal przebitych dętek nie skończył się i na 20 kilometrze Bartek musiał użyć kolejnych dwóch łatek. Co ciekawe dziura była od strony obręczy, natomiast obręcz po wielokrotnym zbadaniu każdego z nas wydawała się w stanie nienaruszonym. Ostatecznie kawałki dętki włożone na obręcz miały rozwiązać problem. Ostatecznie "czeski film" zakończył się nieco później, gdy poprzednio założone bardzo lichej jakości łatki nie dały rady. Dopiero piąta z kolei łatka na jednej dziurze zakończyła cały galimatias. Kierując się na Vsetin przez Góry Wizowickie już wiedzieliśmy, że tego dnia nie uda się nam dojechać do naszego dobrego znajomego Pana Mirka, mieszkającego pod Ostrawą. Zwłaszcza, że przed sobą mieliśmy pokaźne góry. Tym samym postanowiliśmy się rozbić tuż za Vsetinem, gdzie pewna Pani pozwoliła nam rozłożyć namioty obok jej domostwa, zaraz przed kilkukilometrowym podjazdem, który czekał na nas nazajutrz. Wieczór był bardzo chłodny, więc nie spędziliśmy zbyt wiele czasu na wieczorne pogawędki i wcześnie poszliśmy spać.

Dystans dzienny: 76.6 km
Dystans całkowity: 1014.6 km


13 dzień / 19.08.2009 Vsetin (CZ) - Senov (CZ)

I tego dnia pogoda nas rozpieściła. Bezchmurne niebo, wysoka temperatura i 5-kilometrowy podjazd przed nami, który rozpoczynał naszą podróż przez piękne "Vsetinske Vrchy". Po wyjechaniu na szczyt czekał nas nie mniej pokaźny zjazd do miejscowości Valasska Bystrice. Po chwili znaleźliśmy się już w mieście Rożnow pod Radhoszczem, słynącym z drewnianego miasteczka. Po opuszczeniu Rożnowa, kierowaliśmy się prze Radhoszckie Beskidy ku Frensatowi i dobrze znanemu nam z poprzedniej wyprawy Frydkowi-Mistkowi. Nie obyło się bez problemów. Artkowi uchodziło powietrze w tylnej oponie, jednak w na tyle ślimaczym tempie, że wystarczyło raz na kilka godzin odwiedzić kompresor na stacji benzynowej. Bartkowi zaś "puścił” łańcuch, który po kilkunastu minutach udało mu się skuć. We Frydku-Mistek'u zrobiliśmy zakupy w "Lidu" i mogliśmy się już śmiało kierować bardzo przyjemną i znaną nam drogą nr 473 na Senov, gdzie czekał na nas Pan Mirosław, z którym to zaprzyjaźniliśmy się w ubiegłym roku podczas tygodniowej wyprawy na Słowację i do Czech. Oczywiście na miejscu przyjęto nas bardzo ciepło, bo niczym innym tylko ciepłą herbatą z rumem:) Wcześniej skorzystaliśmy z możliwości "szlaufowego prysznica". Chwilę później siedzieliśmy już wraz z Panem Mirkiem i jego żoną na ich werandzie koło domu popijając czeski Rum i polską Żubrówkę. Oczywiście sam gospodarz nie omieszkał nam pokazać swoich nowych medali za turystyczno-rowerowe zdobycze, których co rok mu przybywa. Przed godz. 23 wszyscy solidarnie poszliśmy spać, ponieważ Pan Mirek nazajutrz musiał bardzo wcześnie wstać, a my mając zgubione kilometry musieliśmy się sprężyć, aby dojechać w 2 dni do domów, mając przed sobą grubo ponad 200 km.

Dystans dzienny: 84.9 km
Dystans całkowity: 1099.4 km


14 dzień / 20.08.2009 Senov (CZ) - Bujaków (PL)

Kilku z nas miało za sobą nieprzespaną noc. Artek miał pewne problemy zdrowotne i w konsekwencji musiał przedwcześnie zakończyć wyprawę. Ostatecznie wyjechaliśmy z Senova ok. godz. 12, wcześniej czekając na Tatę Artka, który przyjechał po niego samochodem. Wcześniej jeszcze zreperowaliśmy łańcuch Wojtka z którym miał mały problem. Już w czwórkę kierowaliśmy się na Cieszyn, przez Horni Suchą i Albrechtice, gdzie nie obyło się bez podjazdów. Ok. 14 byliśmy już w Czeskim Cieszynie, gdzie wydaliśmy ostatnie czeskie korony, aby później zatrzymać się nigdzie indziej jak pod polską "Biedronką" w Cieszynie. Zrobiliśmy nieco dłuższą przerwę na posiłek i niezbędną, mocną kawę aby pobudzić nasze "slow motion" po trzech godzinach snu. Z Cieszyna do Bielsko-Białej zdecydowaliśmy się dostać drogą ekspresową, gdyż mieliśmy naprawdę pokaźne opóźnienie, a był to zdecydowanie najszybszy sposób na pokonanie tego odcinka. Ciekawy jest fakt, że mijająca nas Policja kompletnie nie zainteresowała się naszą obecnością na tej drodze. W Bielsku przejechaliśmy przez Stare Miasto i kierowaliśmy się w stronę Krakowa. Okazało się, że Kamil i Albert nie dotrwają do końca wyprawy i jutro rano wrócą pociągiem, gdyż muszą być nieco wcześniej w domu. Rozbiliśmy się tuż przed zmrokiem w miejscowości Bujaków. Była to nasza ostatnia noc wyprawy, dlatego też postanowiliśmy to godnie uczcić, nie zważając na nieszczęsne 3 godziny snu poprzedniej nocy i nie małą ilość kilometrów do zrobienia przyszłego dnia.

Dystans dzienny: 82.2 km
Dystans całkowity: 1181.4 km


15 dzień / 21.08.2009 Bujaków (PL) - Wola Dębińska (PL)

Kamil i Albert wstali nieco wcześniej. Bartek i Wojtek trochę później, a dokładnie obudził ich dźwięk spuszczanego powietrza z materaca Kamila. Gdy ci pierwsi odjeżdżali już na pociąg, ci drudzy dopiero pili kawę. Wyjechaliśmy dopiero przed 12:00. Ostatni dzień wyprawy zaszczycił nas najwyższą ponad 30 stopniową temperaturą. Natychmiast w naszym kochanym kraju poczuliśmy oddech naszych dróg i kierowców. W miejscowości Kęty najpierw Tir wyprzedzał nas na tzw. "żyletki", a chwilę później pewna kobieta o mało nie rozjechała Wojtka. Podążaliśmy w stronę Wadowic i Kalwarii Zebrzydowskiej mając po drodze kolejne podjazdy. W Wadowicach zatrzymaliśmy się na posiłek przy dobrze nam znanym Dworcu PKP. Było już po godz. 15, a nam pozostało jeszcze ponad 100 km do domu. Nieco podkręciliśmy tempo i za Izdebnikiem odbiliśmy w stronę Myślenic, gdzie dał znać o sobie kolejny kierowaca-kretyn. Tym razem pan jadący autobusem wyprzedzając nas na łuku zwyczajnie zajechał nam drogę, tym samym praktycznie zmusił nas do zjechania do rowu. W Myślenicach odbiliśmy na Dobczyce, w których byliśmy ok. godz. 20. Skończyły się już długie podjazdy i jadąc nieraz w kompletnych ciemnościach ok. godz. 23 byliśmy już w Bochni, z której pozostało nam ok. 20 km. Ostatecznie w Woli Dębińskiej zjawiliśmy się 45 minut po północy robiąc tym samym największą ilość kilometrów ze wszystkich dni wyprawy. Zostaliśmy przywitani przez będących już w domach Artka, Alberta, Kamila oraz innych znajomych - chlebem, solą i piwem...

Dystans dzienny: 134.7 km
Dystans całkowity: 1316.3 km


Pozdrowienia i podziękowania dla wszystkich spotkanych na trasie! Nie sposób jest tu uwzględnić wszystkie osoby, bo było ich całe mnóstwo. Szczególne podziękowania składamy na ręce Pana Marka i Pana Mirosława.
Podziękowania również dla wszystkich osób i organizacji, które nas wsparły.
Firmie "Arak", Przedsiębiorstwu Budowlanemu "Edmund Leś", Firmie Ubezpieczeniowej "MT Gurgul", Firmie Budowlanej "Jawor".
Szczególne podziękowania składamy również dla Dębińskiego Centrum Kultury na czele z Andrzejem Potępą oraz Księdzu Marianowi Majce, proboszczowi parafii św. Małgorzaty w Dębnie.


STATYSTYKI:

Czas trwania wyprawy: 15 dni

Dystans całkowity: 1316.3 km

Najdłuższy dystans dzienny: 134.7 km

Najkrótszy dystans dzienny: 56.6 km

Średni dystans dzienny: 87.7 km

Prędkość średnia: 18.9 km/h

Maksymalna prędkość: 65 km/h

Całkowity czas jazdy: 69h 37m 30s

Maksymalna temperatura (do słońca): 53°C

Minimalna temperatura: 9°C

Kilometry w krajach:
Słowacja: 308.4 km (23,42%)
Polska: 304.8 km (23,13%)
Węgry: 278.7 km ( 21,17%)
Czechy: 259.3 km (19,69%)
Austria: 165.1 km (12,54%)


Najbardziej wysunięty punkt na wschód: 20°40' 24" E

Najbardziej wysunięty punkt na zachód: 16°19' 54" E

Najbardziej wysunięty punkt na północ: 49°58' 52" N

Najbardziej wysunięty punkt na południe: 47°27' 28" N


GALERIA

 

PATRONAT:

SPONSORING:








Powrót do eskapady

Powrót do strony głównej