1-3.05.2009 - Chańcza

 

Pierwsza, oficjalna, inauguracyjna eskapada 2009 roku przypadała na pierwszy (długi) majowy weekend. Celem wycieczki pierwszy raz w naszej, skromnej historii były tereny położone na północ od "naszej" małopolski. Precyzując: miejscowość Chańcza w Świętokrzyskim. Postanowiliśmy zagospodarować na to cały przypadający 3-dniowy weekend, przy czym 2 dni spędzić na rowerze.

Na starcie (piątek rano) wstawiliśmy się w pełnym składzie + nasz serdeczny przyjaciel Michał :) który notabene, po raz pierwszy miał okazje sprawdzić swoje siły podczas takiego wyjazdu. Wyjechaliśmy przed 8:00. Kierując się odpowiednio na Radłów, Żabno, Odporyszów (gdzie mieliśmy pierwszy dłuższy postój). Od samego początku przeszkadzał nam niekorzystny, silny wiatr, który z kilometra na kilometr był coraz bardziej uciążliwy i męczący. Jednak mimo tych przeszkód szybko przełamaliśmy barierę województw: małopolskiego i świętokrzyskiego, którą wyznaczała Wisła. Po tym etapie było nieco gorzej. Głębszego znaczenie nabierały słowa staropolskiego porzekadła "piździ jak w kieleckim". Wprawdzie teren był "wypłaszczony" i nie byliśmy skazani na większe podjazdy, to wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy, że jazda po górach jest dużo przyjemniejsza niż pokonywanie kilometrów na płaskim terenie,  przy mocnym, kręcącym się wietrze. Po nie małych męczarniach dotarliśmy do celu po godz. 18 wcześniej odwiedzając m.in Pacanów, czyli strefę "Koziołka Matołka". Spotkaliśmy też na trasie "kolegę po fachu" ze Staszowa, którego pozdrawiamy. W miarę sprawnie zainstalowaliśmy się na polu namiotowym, które było co prawda świetnie umiejscowione, tuż przy jeziorze, to jednak warunki sanitarne były co najmniej nie przystępne, dla niektórych wręcz skandaliczne. Wieczorem po wstępnym "ogarnięciu się" rozpoczęliśmy zaplanowany, dobowy i bierny "chillout". 

Chańcza, miejscowość w przeważającej części zalane wodą - to świetne miejsce do wypoczynku, na który mieliśmy dość sporo czasu, ponieważ powrót zaplanowaliśmy na niedzielny poranek. Przez ten okres większość czasu spędzaliśmy na plaży, w każdej chwili doskonale relaksując się, zwłaszcza że pogoda okazała się naszym sprzymierzeńcem. Podczas wolnego dnia zadbaliśmy także o trening rozgrywając towarzyski mecz piłkarski z chłopakami z pod Krakowa, z którego wyszliśmy z tarczą.  Czas jednak minął nieubłaganie i na kalendarzu wyskoczyła nam data 3 Maj (niedziela). Wstaliśmy trochę późno, jak na dzień powrotu. Sporo czasu pochłonęło nam ogarnięcie się do stanu gotowości powrotnej. Warunki pogodowe były o niebo korzystniejsze niż w pierwszym dniu. Przede wszystkim nie było dokuczliwego wiatru. Jechaliśmy płynnie i bardziej swobodnie, nie tracąc czasu na zbędne postoje. Obraliśmy nieco inny azymut niż jadąc do Chańczy, przejeżdżając m.in. przez Solec-Zdrój, także dwukrotnie przeprawiając się promem przez Wisłę i Dunajec. Prędkość średnia  oscylowała znacznie wyżej niż pierwszego dnia, co sprawiło, że do domów dotarliśmy wcześniej niż to było w planie.

Podsumowania nie będzie, albo niech będą nimi zdjęcia.

    

STATYSTYKI:

 

I dzień: Wola Dębińska - Chańcza

DST: 113.7 km

AVS: 18.7 km/h

TIME: 6:04 h

 

III dzień:  Chańcza - Wola Dębińska

DST: 111.7 km

AVS: 21.9 km/h

TIME: 5:05 h

 

RAZEM:

DST: 225.4 km

AVS: 20.0 km/h

TIME: 11:09 h

 

Dodał: Bartek 11.05.09

Powrót do eskapady

Powrót do strony głównej