|
Pierwsza,
oficjalna, inauguracyjna eskapada 2009 roku przypadała na pierwszy (długi)
majowy weekend. Celem wycieczki pierwszy raz w naszej, skromnej historii
były tereny położone na północ od "naszej" małopolski.
Precyzując: miejscowość Chańcza w Świętokrzyskim. Postanowiliśmy
zagospodarować na to cały przypadający 3-dniowy weekend, przy czym 2
dni spędzić na rowerze.
|
|
Na
starcie (piątek rano) wstawiliśmy się w pełnym składzie + nasz
serdeczny przyjaciel Michał :) który notabene, po raz pierwszy miał
okazje sprawdzić swoje siły podczas takiego wyjazdu. Wyjechaliśmy przed
8:00. Kierując się odpowiednio na Radłów, Żabno, Odporyszów (gdzie
mieliśmy pierwszy dłuższy postój). Od samego początku przeszkadzał
nam niekorzystny, silny wiatr, który z kilometra na kilometr był coraz
bardziej uciążliwy i męczący. Jednak mimo tych przeszkód szybko przełamaliśmy
barierę województw: małopolskiego i świętokrzyskiego, którą
wyznaczała Wisła. Po tym etapie było nieco gorzej. Głębszego
znaczenie nabierały słowa staropolskiego porzekadła "piździ jak w
kieleckim". Wprawdzie teren był "wypłaszczony" i nie byliśmy
skazani na większe podjazdy, to wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy,
że jazda po górach jest dużo przyjemniejsza niż pokonywanie kilometrów
na płaskim terenie, przy mocnym, kręcącym się wietrze. Po nie małych
męczarniach dotarliśmy do celu po godz. 18 wcześniej odwiedzając m.in
Pacanów, czyli strefę "Koziołka Matołka". Spotkaliśmy też
na trasie "kolegę po fachu" ze Staszowa, którego pozdrawiamy.
W miarę sprawnie zainstalowaliśmy się na polu namiotowym, które było
co prawda świetnie umiejscowione, tuż przy jeziorze, to jednak warunki
sanitarne były co najmniej nie przystępne, dla niektórych wręcz
skandaliczne. Wieczorem po wstępnym "ogarnięciu się" rozpoczęliśmy
zaplanowany, dobowy i bierny "chillout".
Chańcza,
miejscowość w przeważającej części zalane wodą - to świetne
miejsce do wypoczynku, na który mieliśmy dość sporo czasu, ponieważ
powrót zaplanowaliśmy na niedzielny poranek. Przez ten okres większość
czasu spędzaliśmy na plaży, w każdej chwili doskonale relaksując się,
zwłaszcza że pogoda okazała się naszym sprzymierzeńcem. Podczas
wolnego dnia zadbaliśmy także o trening rozgrywając towarzyski mecz piłkarski
z chłopakami z pod Krakowa, z którego wyszliśmy z tarczą. Czas
jednak minął nieubłaganie i na kalendarzu wyskoczyła nam data 3 Maj
(niedziela). Wstaliśmy trochę późno, jak na dzień powrotu. Sporo
czasu pochłonęło nam ogarnięcie się do stanu gotowości powrotnej.
Warunki pogodowe były o niebo korzystniejsze niż w pierwszym dniu.
Przede wszystkim nie było dokuczliwego wiatru. Jechaliśmy płynnie i
bardziej swobodnie, nie tracąc czasu na zbędne postoje. Obraliśmy nieco
inny azymut niż jadąc do Chańczy, przejeżdżając m.in. przez
Solec-Zdrój, także dwukrotnie przeprawiając się promem przez Wisłę i
Dunajec. Prędkość średnia oscylowała znacznie wyżej niż
pierwszego dnia, co sprawiło, że do domów dotarliśmy wcześniej niż
to było w planie.
|